2009-03-14 03:29:58 >>

Nie jedź do domu...



- U mnie jest w sumie zimno, ale... - ale to nie było istotne... Usłyszała na pożegnanie te słowa. Nie protestowała. Po co walczyć ze snem? Niech płynie tak jak sobie ktoś go wyreżyserował. A to przecież musiał być sen...

Wsiedli w pierwszy poranny tramwaj. 15 minut trwało wieki...

- Przepraszam... Potrzebuję Cię teraz... - Ciepło splótł się z jej palcami...

- Nie jestem tymi zimnymi torami, stalowym tramwajem, mokrą ziemią... Jestem człowiekiem, który też ma uczucia.

A ona się tylko patrzyła przed siebie. Wstawał poranek, już było jasno, deszcz dalej padał. Obezwładniał ją strach. Nie umiała powiedzieć ani słowa. Nie czuła wręcz potrzeby mówienia czegokolwiek. Kiedyś powiedziała aż za dużo...

Wysiedli...

- Nie mogę uwierzyć, że znowu tu jesteśmy razem...

Mimo, że upłynęło wiele wody między ich milczeniem nadal go kochała. Broniła się przed tym ile sił... Ale cóż poradzić, serce nie sługa - no raczej nie inaczej...

To on złamał jej serce. Nie kochał na tyle by nie pozwolić jej odejść... Sam przecież w ogóle nie przeżył ich rozstania, był szczęśliwy, znowu wolny jak ptak, bez zrzędliwej, małoletniej blondyny u boku... Hmmm czy aby napewno?

Wolnym krokiem, z dziwnym napięciem w środku poszli w kierunku tego mieszkania tak dobrze znanego im obojgu...

Wiedząc, że nie mają za wiele czasu pochłonęli się sobą wzajemnie. Tak łapczywie jak by mieli za 30 sekund zniknąć na zawsze. Jak by to była jedyna okazja by być blisko, by czuć ciepło... Kochali się namiętnie w tym zrywie niezaspokojonego pragnienia siebie od dawna, dając sobie wzajemnie tyle ciepła ile było tylko możliwe.

Milcząc patrzyli w swoje rozmazane makijaże głaszcząc się po włosach, ramionach i gdzie tylko się da. Leżąc przy sobie. W półśnie, ze świadomością, że to może tylko sen... Nie chcąc się budzić nigdy...

Przynajmniej ja nie chciałam się obudzić...




skomentuj (0)